Rozmawiamy z Justyną Janik – projektantką ubioru i właścicielką marki beksa.

Justyna pokazała, że mimo zatrudnienia w interesujących miejscach i współpracy z ciekawymi klientami (jak Nivea Q10 czy Grupą Allegro – Citeam) warto jest spróbować sił we własnym przedsięwzięciu.

 

 

 

Jakub Biel: Zapewne decyzja o „wyjściu na swoje” nie należała do łatwych?

Justyna Janik: Powtarzałam sobie wówczas od jakiegoś czasu jak mantrę: „kiedy jak nie teraz” i po prostu to zrobiłam. Myślę, że to był dobry moment w ciągu roku na szycie i wprowadzenie na rynek tego konkretnego asortymentu. Sprzedaję spódnice i sukienki a na wiosnę w tej branży jest zawsze ożywienie.

Oczywiście nie obyło się bez wątpliwości wśród rodziny czy to dla mnie najlepsza z możliwych dróg życiowych. Jednak po czasie widząc zainteresowanie moimi produktami obawy ustały.

 

JB: Wyobrażasz sobie prowadzenie biznesu jeszcze przed erą internetu?

Justyna Janik: Kompletnie nie. Wszystkie działania jakie podejmuję są związane bezpośrednio z pracą przy komputerze i komunikowaniu się z klientami detalicznymi czyli bezpośrednio zamawiającymi przez moja stronę www jak również z klientami kupującymi moją odzież hurtowo do sklepów. Ze wszystkimi kontaktuje się przez internet, dopiero na dalszym etapie współpracy do kontaktu używam również telefonu.

 

JB: Co jest najtrudniejsze we wprowadzeniu własnej marki na rynek?

Justyna Janik: Wprowadzenie własnej marki na rynek niesie za sobą dużo pozytywnego odzewu. Przynajmniej tak było w przypadku „beksy”. To jest bardzo motywujące, gdy zarówno osoby, które znasz ale i nieznajomi kontaktują się z Tobą i doradzają, gratulują, wyrażają własne opinię o produktach oraz o Twojej marce. Jednak wiąże się to również z tym, że każdy nasz krok zawodowy zaczyna być obserwowany i komentowany. Myślę, że mimo wszystko jednym z najtrudniejszych doświadczeń w przypadku wprowadzenia własnego produktu na rynek jest zaszczepienie w umysłach ludzi po pierwsze samego faktu istnienia marki jak również kwestia ceny vs. jakości tych rzeczy. To, że moja odzież szyta jest w Polsce niesie za sobą nieporównywalnie wyższe koszty niż stworzenie takich samych rzeczy np. w Chinach czy Bangladeszu. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że koszt samego uszycia spódnicy przy zamówieniu w szwalni ~100 szt. w Polsce jest często wyższy niż cena finalna podobnej spódnicy w sieciówce. Po dodaniu kosztów tkanin, dodatków krawieckich, opakowania, magazynowania, transportu ze szwalni, podatku PIT, VAT, ZUS, domeny itd. Cena takiej rzeczy w polskich realiach po prostu musi być odpowiednio wyższa.

Ludzie po prostu nie zdają sobie z tego sprawy i nie widzą problemu w tym, że odzież, którą noszą jest wytwarzana w nieludzkich warunkach. Pracownicy fabryk muszą wyrabiać wysokie normy ilościowe. Praca trwa 14-16 godzin dziennie, przez 7 dni w tygodniu, często bez przerw na posiłki. Pracownicy zarabiają tam ok. 50-60$ miesięcznie a często do takiej pracy zmusza się także dzieci.

Trudno jest dyskutować z konsumentami dla których niska cena produktu jest najważniejsza. Na szczęście jest coraz więcej wyznawców filozofii slow fashion oraz osób propagujących odpowiedzialne kupowanie.

 

 

JB: Na co powinni zwrócić uwagę inni młodzi przedsiębiorcy rozkręcając biznes w tak trudnym i ciasnym rynku jak ten z odzieżą? Czy hasło „wyróżnij się albo zgiń” faktycznie jest strzałem w dziesiątkę?

Justyna Janik: Odnoszę wrażenie, że każdy kto ma pojęcie o modzie wyniesione z uczelni kształcącej projektantów jest w stanie wyróżnić się tworząc odzież w Polsce. Niestety rynek „młodej polskiej mody” to często osoby, które modę znają jedynie z gazet i blogów. A to zazwyczaj zbyt mało, aby stworzyć odzież o ciekawej konstrukcji lub przygotować spójną kolekcję o przemyślanej kolorystyce wybiegającej poza bezpieczne monochromatyczne zestawy.

Zwróć uwagę jak ciężko obecnie znaleźć markę, która miałaby w asortymencie coś innego niż szara dzianina dresowa. Lub co gorsze gotowe bluzy i t-shirty kupione hurtowo na Wschodzie, z dodanymi „autorskimi” nadrukami. Ciężko tu mówić o modzie.

Jest taki zabawny prześmiewczy fanpage, który obrazuje to co mam na myśli: „Szara dresówka psuje ulice”. Warto zobaczyć ;).

W moim odczuciu osoba, która myśli o założeniu marki odzieżowej jeśli jeszcze tego nie zrobiła – powinna zacząć od kursów kroju i szycia, aby móc zrozumieć charakterystykę ciała i ruchów człowieka. To bardzo prozaiczne, ale znając pewne zasady dużo łatwiej projektuje się odzież. Wystarczy też nie szyć nic z dresu i już na pewno wyróżnimy się z tłumu.

 

Justyna Janik - beksashop.pl (fot. Łukasz Gaffling)

Justyna Janik – beksashop.pl (fot. Łukasz Gaffling)

JB: Z jakich narzędzi marketingowych korzystasz na co dzień?

Justyna Janik: W zasadzie działania marketingowe związane z moją marką są ostatnio mocno zawężone, ale zdarzają się promocje postów na facebooku oraz e-mailingi.

 

JB: Twój branding jest spójny i ogólnie przemawia do mnie. Ale dlaczego akurat beksa? :-)

Justyna Janik: Tworząc markę chciałam skupić się przede wszystkim na tym, aby nazwa była wyrażona po polsku oraz aby nie była zbyt długa. Ważne również było to, aby dało się to z czymś skojarzyć i móc ją łatwiej zapamiętać. Na początku miała to być „beksa lala”, bo zakładałam, że w ofercie znajdą się rzeczy damskie i dziecięce (dziewczęce). Jednak to określenie sugerowało bardziej markę dziecięcą. Koniec końców zdecydowałam się na nazwę: „beksa” a ponieważ kobiety mają w zwyczaju co jakiś czas trochę popłakać to utożsamiają się z moją beksą.

 

JB: Jakie plusy niesie ze sobą budowanie własnej marki zamiast zwykłego „handlowania ciuszkami”?

Justyna Janik: Obserwuję swego rodzaju przywiązanie do marki przez klientki. Osoby, które są zadowolone z pierwszego zakupu chętnie wracają po kolejne rzeczy. Wzrasta świadomość konsumentów i są oni chętni do noszenia odzieży dobrej jakości, która dodatkowo wyprodukowana jest w Polsce.

Mimo, iż odchodzi się od pokazywania logotypów na odzieży to świadomość o posiadaniu wartościowej metki wszytej wewnątrz sukienki prowadzi do zadowolenia klientki.

Ciekawe jest również to, że zdarzają się Panie, które przy którymś z kolei zamówieniu chcą się umówić na kawę i odebrać rzecz osobiście, aby mnie poznać. Wówczas nosząc rzeczy z metką „beksy” widzą, że za produkcją konkretnej rzeczy stoi prawdziwy człowiek.

To również swego rodzaju motywacja do działania. Stałe klientki dopytują o nowe rzeczy a ja je wtedy produkuję bo wiem, że mam dla kogo.

 

Rozmawiał Jakub Biel

 

Justyna Janik to projektantka ubioru, absolwentka krakowskiego SAPU, a obecnie studentka Zarządzania Mediami na UJ.

A co najważniejsze – właścicielka marki beksa